Kiedy ją poznałam od razu poczułam, że nasze ścieżki zawodowe jeszcze nie raz się przetną. Wygadana, sympatyczna, z niecodziennym podejściem do leczenia pacjenta. Agnieszka Klimowicz, znana szerszej publiczności jako Doktor Agnieszka, jest lekarzem, neurologiem, dla której terapia pacjenta bez zmiany stylu życia i diety nie wchodzi w grę.

Od pewnego czasu zgłębia także tajniki ketozy i diety ketogenicznej, które wykazują potencjał w leczeniu pewnych chorób neurologicznych.

Spotkałyśmy się, aby porozmawiać o tym, co nam dziś szkodzi i gdzie szukać przyczyn współczesnych chorób. Czy dzisiejsze choroby są wyłącznie wynikiem wadliwej genetyki?

Miał być tekst do kawy, wyszedł esej. 😉 Ale jakże wartościowy! Przekonajcie się sami.

W dzisiejszych czasach lekarzy łączących wiedzę medyczną z podejściem holistycznym jest „jak na lekarstwo”. Jak postrzegane jest Twoje niecodzienne podejście do terapii pacjentów przewlekle chorych?

Nie uważam tego za coś wyjątkowego, lecz raczej naturalnego. Sama definicja zdrowia według WHO głosi, że „zdrowie jest to stan pełnego fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu, a nie tylko brak choroby lub ułomności”. Nie sposób nie zauważyć, że wpisuje się to mocno w zasadę holistycznego spojrzenia na problemy pacjenta.


Już Hipokrates mówił: „By leczyć ciało ludzkie, konieczna jest wiedza o całości zjawisk”.

Jak rozumiem te słowa? Według mnie, aby skutecznie pomagać ludziom w rozwiązywaniu ich problemów zdrowotnych, należy spojrzeć bardzo szeroko, tzn. trzeba pamiętać, że człowiek nie składa się tylko z chorego narządu, ale ma też uczucia, myśli, oczekiwania i obawy związane z chorobą. Nasz umysł jest potężną bronią, którą warto wykorzystać w walce z chorobą. Dysponujemy przecież już wieloma dowodami naukowymi wpływu umysłu na to, co fizyczne.

Drugą kwestią jest to, że pacjent nie żyje pod szklanym kloszem. Codziennie styka się z mnóstwem czynników, które mają ogromny wpływ na jego zdrowie. Bardzo ważne jest, aby zidentyfikować te czynniki w otoczeniu pacjenta oraz poznać jego styl życia, żeby uchwycić to, co mogło wywołać chorobę. Uważam, że ograniczanie się tylko do tego, co dzieje się w jego ciele jest jak skupianie się na dymie, przy jednoczesnym ignorowaniu ognia.
Stąd też wzięło się moje ogromne zainteresowanie dietetyką i wpływem tego, co pacjenci jedzą, na ich zdrowie i choroby. Okazuje się, że dieta jest tu bardzo ważnym elementem układanki.

Pożywienie może być najlepszym lekarstwem, ale też powolną i podstępną trucizną. Niewłaściwa dieta może także zmniejszyć skuteczność leczenia.

Z drugiej strony – dieta dostosowana do konkretnej sytuacji i osoby pomaga w wielu przypadkach osiągnąć maksimum korzyści i być wręcz czynnikiem zwiększającym skuteczność leczenia. Co więcej, dieta może być też lekiem bardziej skutecznym niż tabletki. Sztandarowym przykładem jest
tutaj wykorzystanie diety ketogenicznej w leczeniu padaczki lekoopornej.
W związku z tym wszystkim nie dziwi fakt, że tak bardzo cenię sobie współpracę z dietetykami oraz cały czas pogłębiam wiedzę na temat wpływu diety na zdrowie. Jestem przekonana, że umiejętne wykorzystanie diety w leczeniu wielu chorób jest nadal
niedocenianym, choć potężnym narzędziem.

Czy według Ciebie dzisiejsi pacjenci mają większą świadomość tego, że zapobieganie chorobom wykracza daleko poza łykanie przepisanych leków?

Zdecydowanie. Cieszy mnie fakt, że jest coraz więcej świadomych pacjentów, którzy chcą brać aktywny udział w procesie leczenia. To dobrze, że ludzie zaczynają rozumieć, że ich zdrowie w głównej mierze zależy od nich i to oni przede wszystkim muszą o nie zadbać.

Dlatego rośnie zapotrzebowanie na lekarzy, którzy są otwarci na rozmowę, mają czas dla pacjenta i poza farmakoterapią mają do zaoferowania coś więcej. Wielu pacjentów aktywnie szuka takich lekarzy, ponieważ nierzadko mają za sobą przykre doświadczenia związane z systemem opieki zdrowotnej. Sama wielokrotnie słyszałam opowieści o lekarzach, którzy krzyczeli na pacjentów lub ich wyśmiewali. Uważam, że tak specyficzny, bardzo intymny kontakt na linii lekarz-pacjent powinien opierać się na szacunku, zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa.

Lekarz powinien być dla pacjenta wsparciem, przewodnikiem i partnerem, a nie sędzią.

Dlaczego chorujemy przewlekle w XXI wieku? Co według Ciebie najbardziej szkodzi współczesnemu człowiekowi?

Faktycznie, choroby przewlekłe są zmorą naszych czasów. Sama zadaję sobie od wielu lat to pytanie i cały czas szukam odpowiedzi. Dlaczego mimo ogromnego postępu medycyny ludzie nadal chorują? Dlaczego na dane choroby zapadają coraz młodsi ludzie? Czy to jest cena za postęp, jaki się dokonał?

Uważam, że ciężko jest wskazać jednego winowajcę, ale skłaniam się ku myśli, że większość tych problemów ma jeden wspólny mianownik – działanie człowieka wbrew jego naturze i fizjologii oraz wbrew naturze otaczającego go świata.

Środowisko w jakim obecnie żyjemy zmieniło się tak gwałtownie na przestrzeni krótkiego czasu, że nasza biologia za tym nie nadążyła. Ignorowanie naturalnych praw rządzących naszym życiem od początków
istnienia gatunku w końcu obróciło się przeciwko nam.
Mówię tu o tak naturalnych rzeczach jak sen, jedzenie i post, ekspozycja na zimno i światło słoneczne. To są sprawy, nad którymi nasi przodkowie się nie zastanawiali. Szli spać, gdy robiło się ciemno. Pościli, gdy nic nie upolowali, bo nie mieli lodówek i supermarketów. W dzień przebywali na słońcu, a nie w klimatyzowanych klatkach.

Nie twierdzę teraz, że żeby być zdrowi, powinniśmy żyć jak jaskiniowcy. Chcę tylko zwrócić uwagę na to, że ten otaczający nas przesyt wszystkiego wcale nie jest dobry. Pogubiliśmy się w pogoni, tracąc po drodze ważne elementy. Co z tego, że długość życia człowieka się wydłuża, skoro jego
jakość jest coraz niższa i obarczona chorobami?


Dlaczego w obecnych czasach tak dużo osób cierpi z powodu alergii, czy chorób autoimmunologicznych, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były rzadkością? Dlaczego na chorobę Hashimoto masowo zapadają młode kobiety, a nawet już dzieci, skoro jeszcze niedawno była to choroba typowa dla osób w starszym wieku? Czy nasze środowisko wewnętrzne i zewnętrzne jest już tak toksyczne, że życie w nim jest groźne dla zdrowia?
Warto się nad tym zastanowić.

Aby moja wypowiedź nie zabrzmiała tak pesymistycznie, chciałabym przytoczyć dość starą już koncepcję kanadyjskiego ministra zdrowia Marca Lalonde’a opisującą cztery kategorie czynników, od których zależy zdrowie społeczeństwa. Należą do nich: styl życia (ok. 55%), środowisko (ok. 20%), czynniki genetyczne (ok. 15%) i organizacja opieki zdrowotnej w
danym kraju (ok. 10%).

Widzimy tutaj wyraźnie, że nasze zdrowie w przeważającej większości jest w naszych rękach. Daje nam to sporą dawkę optymizmu i poczucia sprawczości, ale nakłada też odpowiedzialność za własne zdrowie, a to może być dla niektórych niewygodne. Bo przecież łatwiej jest usprawiedliwiać się przed samym sobą, że choroba wzięła się nie wiadomo skąd albo że „to rodzinne”. Geny to nie wszystko.

Odnoszę wrażenie, że część społeczeństwa niczego w swoim stylu życia zmieniać nie chce. Pójdzie po receptę, weźmie leki i będzie w porządku.

Tak, to kolejna ważna sprawa. Zrzucanie odpowiedzialności za swoje zdrowie na lekarza, który przepisze magiczną pigułkę, za sprawą której wszystkie problemy znikną bez konieczności wprowadzania do swojego życia jakichkolwiek zmian. To błąd. Na wiele chorób człowiek pracuje sobie latami i nie może oczekiwać, że lekarz wyleczy go w kilka dni.
Nieporozumieniem jest oczekiwanie, że dodając tylko jeden element (jakim są leki), a zostawiając wszystkie inne czynniki bez zmian, wszystko nagle zmieni się na lepsze. Mówię tu właśnie o chorobach przewlekłych i o ich modyfikowalnych czynnikach ryzyka.

Rolą lekarza jest uświadomienie pacjentowi nie tylko w jaki sposób ma brać leki, ale też jak zmienić swoje życie, aby maksymalnie skorzystać z leczenia i do minimum ograniczyć konsekwencje choroby.

Na koniec wypadałoby wspomnieć jeszcze o przewlekłych stanach zapalnych. Coraz częściej wymienia się je jako jedną z głównych przyczyn chorób cywilizacyjnych, uznając udział procesu zapalnego jako czynnika etiologicznego miażdżycy czy chorób neurodegeneracyjnych. W tym miejscu warto mieć na uwadze, że tkanka tłuszczowa jest w
stanie produkować i uwalniać do krwi szereg substancji o działaniu prozapalnym.

Dlatego otyłość nie dość, że sama jest chorobą, to jest też przy okazji czynnikiem ryzyka innych chorób, m.in.: nadciśnienia tętniczego, cukrzycy typu 2, choroby niedokrwiennej serca, udaru mózgu, czy niektórych nowotworów złośliwych. Wiemy to już od wielu lat, ale jak widać na
ulicach, problem otyłości narasta, zamiast maleć…

Obecnie mamy do czynienia z epidemią chorób cywilizacyjnych, w tym także chorób neurodegeneracyjnych (m.in. choroby Alzheimera). Co neurolog, doktor Agnieszka rekomenduje swoim pacjentom poza sięganiem po bloczek recept do wypisania leków?


To jest bardzo ważne pytanie i dziękuję, że je zadałaś. W związku z ogromnym rozwojem medycyny i wydłużeniem oczekiwanej długości życia, mierzymy się ze stale rosnącą liczbą zachorowań na choroby neurodegeneracyjne. Wiele z nich wiąże się nierozłącznie z
otępieniem, za które w 60–80% przypadków odpowiada choroba Alzheimera. Jest to jeden z ważniejszych problemów zdrowotnych obecnych czasów.

Szacuje się, że liczba osób z otępieniem na całym świecie wynosi ok. 50 mln, a do 2050 roku będzie trzykrotnie wyższa!

Do tego odsetek zgonów z powodu choroby Alzheimera dramatycznie
rośnie (podczas gdy ilość zgonów z powodu nowotworów i chorób sercowo-naczyniowych maleje).
W obliczu niepokojących statystyk i tego, że nadal nie dysponujemy skutecznymi metodami leczenia, nasza uwaga powinna skupić się na metodach zapobiegania chorobie Alzheimera lub opóźniających jej wystąpienie. Od wielu lat badacze próbują ustalić czynniki ryzyka tej
choroby oraz wyodrębnić elementy stylu życia, które pozwalają na zachowanie sprawności umysłowej na długie lata.

Dostępne dane naukowe pozwalają nam myśleć, że pewne działania mają korzystny wpływ na zdrowie mózgu i mogą zmniejszać ryzyko zachorowania na choroby neurodegeneracyjne.


Istotne są tutaj wielokierunkowe działania, tzn. zastosowanie wielu różnych elementów jednocześnie, a nie tylko jednego wybranego. Pokrywają się one z zaleceniami związanymi ogólnie z dobrym stanem zdrowia oraz z dobrym zdrowiem układu sercowo-naczyniowego.

Bo to, co szkodzi naszemu ciału, szkodzi także naszemu mózgowi. I znów wracamy do holistycznego spojrzenia na pacjenta…
Chcąc odpowiedzieć konkretnie na pytanie, co poza lekami można zaproponować pacjentom, warto wymienić takie rzeczy jak:

  • dieta śródziemnomorska lub MIND
  • uzupełnienie niedoborów witamin i mikroelementów
  • aktywność fizyczna (regularne ćwiczenia aerobowe w ilości powyżej 150 min. w tygodniu),
  • trening poznawczy (np. nauka nowych umiejętności, czytanie książek, rozwiązywanie
    krzyżówek)
  • kontakt z innymi ludźmi
  • zadbanie o prawidłową ilość i jakość snu
  • unikanie palenia papierosów i nadużywania alkoholu
  • utrzymywane prawidłowej masy ciała
  • utrzymywanie prawidłowych wartości ciśnienia tętniczego i poziomu glukozy we krwi
  • dbanie o zdrowie jamy ustnej (zęby są najczęstszym źródłem przewlekłych stanów zapalnych, a tego nasz mózg nie lubi).

Jak widać, są to bardzo ogólne i powszechnie znane zasady. Nie odkrywamy tutaj Ameryki, ale te wydawać by się mogło banalne rzeczy, mają kolosalny wpływ na nasze zdrowie, co zostało potwierdzone już badaniami naukowymi. Warto o tym pamiętać i wprowadzać je w
życie. Nie tylko dla zdrowia mózgu, ale całego ciała.

Obserwując Twoje profile w social mediach widzę, że dużo piszesz na temat ketozy, czyli innowacyjnej terapii żywieniowej stosowanej w wielu chorobach. Czy dietą można leczyć? Powiedz nam coś więcej na ten temat.

Może zanim odpowiem na to pytanie, zrobię wstęp dla osób, które nie wiedzą nic o ketozie.
Mówiąc w wielkim skrócie, ketoza jest stanem, w którym organizm używa zamiast glukozy ciał ketonowych (produktów utleniania wolnych kwasów tłuszczowych) jako preferowanego źródła energii.

Chodzi o to, że w sytuacji, gdy ograniczymy podaż węglowodanów (źródła
glukozy), nasz organizm przystosuje się do czerpania energii z innego źródła – ciał ketonowych, które potrafi sobie wytworzyć z własnej tkanki tłuszczowej lub tłuszczu dostarczonego z pożywienia.

Należy podkreślić, że jest to naturalna sytuacja, która zapewnia nam przeżycie w warunkach braku dostępu do węglowodanów lub pokarmu w ogóle.

Początki wykorzystania diety ketogenicznej w medycynie sięgają ubiegłego wieku. Natomiast post, który jest najprostszym sposobem osiągnięcia stanu ketozy, był praktykowany dużo, dużo wcześniej. Idąc tym tropem, możemy przypuszczać, że ketoza uzyskana za pomocą
postu była wykorzystywana w celach terapeutycznych już za czasów Hipokratesa i Galena.

Co więcej, święte księgi różnych religii także wspominają o uzdrawiających właściwościach postu.
Tak więc można dyskutować, czy jest to aż tak innowacyjna metoda. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ketoza jest naturalnym elementem biochemii naszego organizmu. Po prostu, ludzie dopiero niedawno nauczyli się ją świadomie wykorzystywać w celach terapeutycznych.

W jakich zatem sytuacjach zdrowotnych warto włączyć dietę ketogeniczną?

W czasach współczesnych pierwsze wzmianki na temat ketozy datujemy na rok 1911, kiedy to lekarze zaczęli podejmować próby leczenia padaczki postem. Skuteczność tej metody była nadspodziewanie wysoka, co dało impuls do dalszych badań.

Jednak pomimo dobrych wyników post nie mógł trwać wiecznie. Pacjenci musieli przecież coś jeść i trzeba było znaleźć sposób na to, jak wywołać post jedzeniem. I tak poprzez próby doboru odpowiednich proporcji tłuszczów i białek do węglowodanów powstała dieta ketogeniczna.

Jej zadaniem jest uruchomienie produkcji (i zużywania) ciał ketonowych przy równoczesnym dostarczaniu kalorii i substancji odżywczych. Taki stan nazywamy ketozą odżywczą. Pacjent znajdujący się w tym stanie ma poziom ciał ketonowych, glukozy i insuliny we krwi podobny do tego, jaki
obserwujemy podczas postu. I o to w tym wszystkim chodzi.

Obecnie znamy wiele odmian diety ketogenicznej, dlatego celowo nie podaję konkretnych liczb odnoszących się do procentowej zawartości tłuszczów, białek i węglowodanów w tej diecie.

Z zasady dieta ketogeniczna opiera się na wysokim spożyciu tłuszczów, niskim spożyciu węglowodanów i średnim spożyciu białka.

Wracając do tematów medycznych, dieta ketogeniczna ma ugruntowaną pozycję w leczeniu padaczki i jest standardem postępowania w przypadkach, gdy farmakoterapia okazuje się nieskuteczna. W odniesieniu do innych chorób nadal trwają badania nad jej przydatnością i
bezpieczeństwem.

Opublikowano już setki badań pokazujących potencjał terapeutyczny diety ketogenicznej w przypadku różnych chorób. Zwłaszcza takich, które u swojego podłoża mają czynniki metaboliczne. Ostatnie badania wykazują obiecujące wyniki dotyczące zmniejszenia objawów różnych chorób przewlekłych. Wśród nich należy wymienić takie choroby jak: guzy
mózgu
i inne nowotwory, choroba Alzheimera, choroba Parkinsona, urazy mózgu, ALS (stwardnienie zanikowe boczne), czy schorzenia z grupy chorób mitochondrialnych.

Znając właściwości ciał ketonowych i mechanizmy ich oddziaływania na ludzki organizm, możemy odpowiednio planować badania, aby następnie móc ich używać w celach terapeutycznych. Aby uzmysłowić fakt, jaką moc mają ketony, wymienię tylko jedną z wielu ich cech – możliwość uruchamiania (lub „wyłączania”) pewnych genów. Pozwala nam to na
myślenie o diecie ketogenicznej wręcz w kategorii terapii genowej. Uważam, że jest to ogromna szansa i przyszłość medycyny.

Jakie jest Twoje stanowisko odnośnie suplementacji diety? Czy współczesna dieta dostarcza nam wszystkich niezbędników, czy może jednak warto sięgać po wspomagacze?

Nasz organizm jest jednym wielkim laboratorium chemicznym. Aby wszystkie reakcje przebiegały prawidłowo, niezbędne jest dostarczenie wszystkich substratów i kofaktorów.
Część kofaktorów to związki nieorganiczne lub jony metali (np. cynku, żelaza, miedzi), inne to związki organiczne, np. witaminy. Jeśli brakuje danego składnika, pewne reakcje nie zachodzą, co może wywołać kaskadę problemów. Dlatego jest to tak bardzo ważne.

Jeśli mam do wyboru słabą żywność i dobrej jakości suplement, wybieram to drugie.
W przypadku suplementów (tak samo jak w przypadku żywności) ważna jest jakość. Ona gwarantuje nam choćby dobrą biodostępność, czy naturalne pochodzenie składników. Ma to swoje odbicie w cenie, bo nie da się wyprodukować czegoś dobrego, a potem sprzedać z
zyskiem za złotówkę.

Dodatkowo dobrze jest zwrócić uwagę na producenta. Na rynku obecne są firmy specjalizujące się tylko w produkcji suplementów, niektóre działające od kilkudziesięciu lat, co jest pewnym potwierdzeniem ich wiarygodności. Dodatkowo, jeśli mamy do wyboru daną substancję (np. wit.D3) w formie suplementu lub leku, wybierajmy lek.

Zasady rejestracji leku są bardziej restrykcyjne niż w przypadku suplementów, co daje nam większą pewność choćby co do deklarowanej dawki.

Tutaj chodzi o nasze zdrowie, więc nie
warto oszczędzać ani na jedzeniu, ani na suplementach, jeśli zdecydujemy się je przyjmować.


Uważam, że przyjmowanie suplementów to bardzo indywidualna sprawa. Wszystko zależy od sposobu odżywiania danej osoby oraz tego, czy jest zdrowa, czy chora, a także od jej stylu życia. Pamiętajmy, że wszystko w nadmiarze szkodzi.

Przedawkowanie witamin może być nawet groźniejsze od ich niedoborów. Dlatego warto się edukować i obserwować swój organizm. Informacje na temat objawów niedoboru (i nadmiaru) poszczególnych witamin i minerałów są ogólnie dostępne. A w przypadku wątpliwości, zawsze warto zapytać o radę lekarza lub farmaceutę.

Czyli sama dieta bez jej suplementacji to za mało?

Idealnie byłoby, gdybyśmy dostarczali wszystkich niezbędnych składników odżywczych z pożywienia. Jednak jakość powszechnie dostępnej żywności pozostawia wiele do życzenia. Jedną z zasad, jaką powinniśmy się kierować, jest wybieranie żywności jak najmniej przetworzonej (czyli na opakowaniu mamy wymieniony tylko jeden składnik lub po prostu nie ma etykietki ze składem, jak np. owoce czy warzywa).

Warto też zwrócić uwagę na jakość i sposób produkcji żywności. Oczywistym jest to, że bardziej wartościowa i bardziej odżywcza będzie dzika ryba złowiona w morzu niż wyhodowana albo mięso od krowy, która jadła trawę na łące (ang. grass fed beef) niż od tej, która całe życie spędziła w zamknięciu.

Należy zweryfikować powiedzenie „jesteś tym, co
jesz”. Teraz powinniśmy mówić: „jesteś tym co jadło i jak żyło twoje jedzenie”. I tyczy się to również wegan oraz wegetarian, ponieważ sposób uprawy roślin także ma ogromny wpływ na ich jakość jako pożywienia.
Reasumując, jestem za zdroworozsądkowym podejściem.

Jesteś inspiracją. Dzięki za to spotkanie. 🙂

Razem z Agnieszką po livie z probiotyków.

Nagrałyśmy z Agnieszką dwa live’y.

Materiał o probiotykach z naszym udziałem znajdziesz TUTAJ, a o witaminie D3 TU.

Agnieszka Klimowicz prowadzi swoje profile w social mediach- na Facebooku i Instagramie.
Udostępnij: